Antwerpia – port, diamenty i atrakcje

Antwerpia to miejsce, które zazwyczaj odwiedza się przy okazji pobytu w Brugii, dlatego też skorzystałam z tej możliwości i wybrałam się tam pociągiem. Zapowiadało się ciekawie, no bo miasto portowe, Rubens, diamenty… Uzupełniłam bilet o destynację i ruszyłam.

Antwerpia – atrakcje portowego miasta

Wysiadłam na imponującym Dworcu Kolejowym ( innymi słowy Kolejowej Katedrze) w Antwerpii myśląc sobie- jest dobrze!  Zachwyciłam się wykonaniem budynku, zrobiłam kilka zdjęć, po czym jak najprędzej uciekłam stamtąd, bo wiadomo co się ostatnio działo w Belgii…

Wyszłam na Diamentową dzielnicę. Diamentowa, ponieważ znajdują się na niej sklepy z biżuterią. Oczywiście, jak to typowa kobieta kochająca świecidełka, przykleiłam nos do wystawy. Co i rusz ulicą przechadzali ortodoksyjni Żydzi, a ja wodziłam za nimi wzrokiem.

Poszłam wzdłuż ulicy Meir obserwując po drodze ciekawe kamienice, choć szału z tego powodu nie czułam. Minęłam m.in. rzeźbę ręki, która nawiązuje do nazwy miasta. Otóż Antwerpia znaczy tyle co „rzucanie ręką„- stąd ponoć wzięła się legenda o Olbrzymie, który pomieszkiwał nad rzeką Skaldą. Pobierał on opłaty od każdego statku, który wpływał do portu. Jeśli ktoś się sprzeciwił, wtedy Olbrzym odcinał mu prawą rękę. Pewnego dnia znalazł się śmiałek imieniem Brabo, który zadał kłam postępowaniu Olbrzyma skazując go na tą samą torturę, którą praktykował wobec przybyszów. Odciętą kończynę bohater wrzucił do rzeki.

Po drodze widziałam również pomnik Rubensa.

Doszłam do centrum miasta, gdzie znajduje się gotycki kościół Najświętszej Maryii Panny. Do środka nie weszłam, bo zapewne spłonęłabym 😉 Tuż przy wejściu głównym znajduje się pomnik Budowniczych, a po środku placu monumet Nello i Patrasche, którego nie sposób pominąć. Rzeźba ta nawiązuje do smutnej historii chłopca, który przygarnął bezpańskiego psa. Ja o tym tu pisać nie będę, więc odsyłam na inny blog, w celu zapoznania się z opowieścią.

Z tego miejsca swoje kroki powiodłam na Grote Markt, gdzie mieści się fontanna wspomnianego juz wcześniej bohatera-  Brabo, oraz ratusz z poutykanymi flagami. Pstre kolory jak sukienki M. Rodowicz! Atmosfery dopełnił odbywający się festyn. Wszędzie ubrania, błyskotki, pamiątki i jedzenie. Na szczęście przezwyciężyłam swoją słabość do zakupów wchodząc w najbliższą uliczkę, która powiodła mnie obok domu Rubensa i pod Dom Mięsa- niegdyś budynek rzeźników, obecnie muzeum instrumentów muzycznych.

I w końcu dotarłam do tego, co najbardziej mnie przyciągało, czyli zamku Het Steen, jednocześnie doznając rozczarowania. Zupełnie inaczej sobie wyobrażałam to miejsce.. okolice.. wielkość budowli. Nie, nie i jeszcze raz nie! Zero atmosfery- zamek przy samej ulicy, na przeciwko budynki mieszkalne, wokół pełno zaparkowanych samochodów.

Poszłam dalej, wzdłuż portu przez przypadek wchodząc na ulicę Czerwonych Latarni- co prawda nie tak spektakularnej jak w Amsterdamie, ale wciąż budzącej różne odczucia. Nim dostrzegłam witryny z kuszącymi paniami, czułam, że to jakieś dziwne miejsce. Z duszą na ramieniu schowałam aparat oraz telefon, by mnie żadna pani, tudzież pan Alf nie gonił i w końcu wyszłam z tego przybytku męskiej rozrywki.

Trafiłam na dzielnicę marokańską, ale docelowo podążałam w kierunku chińskiej. W końcu zatoczyłam koło i  z powrotem wylądowałam pod Dworcem Kolejowym.

Podsumowując: Antwerpia była dla mnie wielkim rozczarowaniem. Liczyłam, że chociaż zamek nadrobi wcześniejszy brak entuzjazmu, ale niestety. Być może moim błędem było to, że nie odwiedziłam żadnego muzeum- ale muzeów to ja nie lubię i nie sądzę, że odratowałyby oblicze tego miasta, według mnie nudnego oraz mało ciekawego. Niemniej warto było pojechać, by wyrobić własną opinię. Ciekawa jestem Waszych wrażeń?

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *